Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zelka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zelka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lutego 2010

Małe zdenerwowanie

Wybór sali na wesele, to obecnie najważniejsza sprawa. Czas mija, a musimy coś wybrać i jak najszybciej zarezerwować. Powoli zaczynam się stresować, że jak tak dalej pójdzie to nie weźmiemy ślubu za półtora roku...
Na razie zastanawiamy się nad kolejną salą Hotel Vivaldi. Trzeba będzie się tam wybrać, bo wygląda ciekawie :) I apartament dla nowożeńców jest :)



źródło: http://www.vivaldi.pl/poznan/


środa, 13 stycznia 2010

Targi ślubne

Na targi ślubne dotarliśmy z małym opóźnieniem, a śnieg i lód nie ułatwiły nam dojazdu. Na szczęście po jakimś czasie byliśmy na miejscu. Pierwsze zaskoczenie to pełno ulotek jeszcze przed wejściem. Aż nie mogłam nadążyć odbierać tych ulotek, szczególnie że zainteresowałam się samochodami stojącymi przed halą targową. W końcu udało nam się wejść do środka, kupiliśmy bilety i ruszyliśmy na podbój ślubnego świata.
Michał był sto razy bardziej zniechęcony tłumem niż ja, ale nie było wyjścia. Trzeba było przedzierać się, żeby dotrzeć do wybranego stoiska.
W pierwszej kolejności obejrzeliśmy samochody. Nie mogłam oderwać od nich wzroku! Najbardziej pamiętam warszawy. One zawsze mają jakiś szczególny klimat, ale na pewno nie wybierzemy jej na ślub. Mimo tego, że bardzo mi się podoba, to jednak nie zdecydowałabym się akurat na taki samochód. Michał oczywiście nie chciał odejść od samochodu sportowego. Pytał o parametry, osiągi i inne, ale o cenę wynajmu już nie zapytał. Tak jakby to nie było ważne! Sama nie wiem czy żartował, czy mówił poważnie, że to będzie nasze auto do ślubu. W tej chwili nie mam żadnego faworyta w tej dziedzinie. Ceny były bardzo różne. Średnio 160-180zł za godzinę wynajmu. Osobiście wolałabym wynająć auto za jakąś kwotę, niezależnie od tego ile czasu będziemy go potrzebować. Na wynajęcie samochodu mamy jeszcze czas.
Nie udało mi się dobrze przyjrzeć się sukniom ślubnym. Patrzyłam tylko ukradkiem, podziwiałam, ale nie mogłam zdradzić Michałowi, która mi się podoba. Zgodnie z tradycją, zobaczy mnie w sukni dopiero w dniu ślubu. A do tego czasu, cicho sza!
Przechodząc obok stoisk, zebraliśmy mnóstwo ulotek, broszur, wizytówek i katalogów. W najbliższym czasie czeka nas przeglądanie tych ulotek. Tylko najpierw musi nam je oddać moja mama, która z wielką ochotą zabrała się do oglądania.
Zapoznaliśmy się z ofertą kilu fotografów, których również było bardzo dużo. Niestety ceny są dość wysokie, więc będziemy musieli dobrze przemyśleć nasz wybór. Najważniejsze, że mamy sporo kontaktów, więc na pewno sobie poradzimy.
Podobnie z zespołami muzycznymi. Było ich mnóstwo, tylko że w przypadku niektórych terminy mają zajęte na 2011 rok. Trochę mnie to przeraziło, dlatego w pierwszej kolejności trzeba będzie się tym zająć. Wolałabym jednak wynająć sprawdzony zespół, więc najpierw będziemy szukać wśród znajomych, którzy mogą nam kogoś polecić.
Do zaproszeń niestety nie udało nam się dotrzeć z powodu wielkich tłumów przy stoiskach. Odpuściliśmy sobie, bo mamy jeszcze 1,5 roku do ślubu, więc na razie nie musimy się tym przejmować.
Zobaczyliśmy kilka pomysłów, które mogą się przydać na weselu. Figury lodowe z truskawkami w środku wyglądały zjawiskowo. Tak samo dekoracje stołu, bukiety kwiatów czy przepiękne torty.
Fajnie było wszystko zobaczyć w jednym miejscu. Teraz trzeba będzie jakoś to wszystko ogarnąć.

piątek, 8 stycznia 2010

Lista spraw na wesele

Ostatnio zrobiliśmy wstępną listę rzeczy, które musimy zorganizować na ślub i wesele. Nie myślałam, że tego będzie aż tak dużo. Trochę mnie to przeraża, ale jestem dobrej myśli. A jak Wy radziliście sobie z przygotowaniami? Dodajcie nam otuchy!!
- sala weselna
- fotograf
- kamerzysta
- zespół muzyczny
- suknia i garnitur
- oprawa muzyczna w kościele
- obrączki
- zaproszenia
- pierwszy taniec
- dokumenty
- nauki przedmałżeńskie
- samochód
A i tak zapewne to nie wszystko. Ciekawe jak bardzo lista się wydłuży :) Ale najważniejsze to od czegoś zacząć!

Targi ślubne

W naszych przygotowaniach do ślubu, czas na kolejny krok. W niedzielę wybieramy się na targi ślubne. Mam nadzieję, że zobaczymy mnóstwo rzeczy, które będą przydatne podczas organizowania ślubu i wesela. Wrażenia opiszę na początku przyszłego tygodnia :-)

czwartek, 7 stycznia 2010

Nasze zaręczyny

Dzisiaj o tym, jak zaczęły się nasze przygotowania do ślubu.
Choć już dużo wcześniej rozmawialiśmy z Michałem o ślubie, tak naprawdę dopiero zaręczyny były najważniejsze. To był decydujący moment jak u większości par. Ale na pewno nie były to typowe oświadczyny.
Po roku naszego związku, Michał przeprowadził się do Poznania. Teraz wynajmuje małe mieszkanko, ma dobrą pracę. Nie mieszkamy razem tylko dlatego, że mam bardzo tradycyjnych rodziców i chcę uszanować ich poglądy. Tyle czasu wytrzymaliśmy, to wytrzymamy jeszcze trochę. Michał bardzo dużo pracuje, więc na razie taki układ odpowiada nam obojgu. Ale wróćmy do naszych zaręczyn.
Byliśmy parą już cztery lata. Spędzaliśmy ze sobą mnóstwo czasu. Każde wakacje, każde święta, niezliczone imprezy. Michał co jakiś czas zaskakiwał mnie swoimi pomysłami, zawsze kombinował jak zrobić mi niespodziankę. Uwielbiam te jego szaleństwa. Pakowanie w godzinę i niespodziewany wyjazd na weekend, to jest to co oboje lubimy najbardziej. Kochamy podróże, niekoniecznie te dalekie. Wystarczy wyjechać kilkadziesiąt kilometrów za miasto i już można podziwiać inny świat.
Pewnego dnia, Michał zadzwonił do mnie z pracy z pytaniem czy nie wybierzemy się na kajaki z przyjaciółmi. Był piękny, słoneczny, sierpniowy dzień, więc zgodziłam się bez wahania. Miał to być wypad na trzy, najwyżej cztery dni. Michał zajął się organizacją wyjazdu. Okazało się, że nasza grupa będzie niestety kameralna i mogą z nami jechać tylko dwie pary. Szkoda, bo myślałam, że uda się spędzić mini wakacje w większym gronie. Wyjazd zaplanowaliśmy na czwartek, tuż o świcie, żeby jak najszybciej być na miejscu. We wtorek zadzwonił kolega Michała, że jego dziewczyna skręciła kostkę jak grała w siatkówkę i niestety muszą odpuścić kajaki. Na szczęście druga para, zjawiła się w czwartek punktualnie, o wyznaczonej godzinie. Na miejsce dojechaliśmy dość szybko, a że już nie mogliśmy się doczekać przygody, szybko zapakowaliśmy się w kajaki i ruszyliśmy.
Spływ był super, nie obyło się bez nieplanowanej kąpieli, wokół cudowne widoki. Plany pokrzyżowały się w sobotę rano. Zośka odebrała telefon z pracy, że pilnie musi wracać. Po krótkiej naradzie, zdecydowaliśmy że razem z Wojtkiem, wrócą wcześniej do Poznania, a my dokończymy spływ. Trochę wydało mi się to dziwne, że w sobotę musi wracać, ale o nic nie pytałam. Zadzwonili do obsługi zajmującej się sprzętem. Mieli przyjechać dopiero za jakiś czas, więc pożegnaliśmy się i ruszyliśmy dalej. Wojtek z Michałem odbyli jakąś potajemną rozmowę, o której nie chciał nic powiedzieć. Zbył mnie krótką odpowiedzią i na tym się skończyło. Do końca spływu zostało nam niewiele. I tak płynęliśmy jeszcze kilka godzin.
Na miejscu czekała na mnie największa niespodzianka. Już z daleka widać było rozpalone ognisko i jakichś ludzi. Michał zachowywał się dość dziwnie już od samego rana. Podpłynęliśmy bliżej. Wtedy zobaczyłam wielki, rozciągnięty napis: WYJDZIESZ ZA MNIE? Próbowałam dowiedzieć się o co chodzi, ale Michał trzymał już w rękach pierścionek i klęczał przede mną. Zapytał czy zostanę jego żoną, a ja dopiero po dłuższej chwili byłam w stanie odpowiedzieć TAK. Świat wokół zawirował, byłam najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Po chwili pojawiła się Zośka z Wojtkiem, którzy wcale nie musieli wracać do Poznania. Okazało się, że Michał wszystko z nimi ustalił, a druga para, która miała z nami jechać na kajaki, nigdy o tym nie słyszała. Wojtek przyniósł szampana, kiełbaski i bułki. To było najbardziej nietypowe menu, o jakim słyszałam na oświadczynach.


poniedziałek, 4 stycznia 2010

Elka i Michał

Witajcie.
Od dziś dołączam do bloga Alberta. Będę opisywać moje przygotowania do ślubu. Oto kilka słów o mnie:

Nazywam się Ela Ząbkowska, mam 23 lata, studiuję finanse i rachunkowość i korzystam z życia, cokolwiek to oznacza. Tak to wygląda w bardzo dużym skrócie. Powód, dla którego tu piszę jest jeden. W ostatnim czasie, w moim życiu wiele się wydarzyło. Zaręczyłam się!!! Jestem szczęśliwą narzeczoną i z moim Michałem planujemy ślub, latem 2011 roku. Jeszcze do tego czasu ponad półtora roku, ale obecnie są takie terminy, że już teraz trzeba ostro wziąć się do pracy.

Przeglądając, szukając, czytając różne porady na temat ślubu i wesela, postanowiłam, że sama coś o tym napiszę. I tak postawiłam na bloga, opisującego przygotowania do ślubu. Traf chciał, że Albert jest znajomym brata Michała. I tak, dzięki tej znajomości, dołączam do bloga Alberta. Od razu zastrzegam, że Albert nie będzie organizował naszego ślubu, choć Michał mnie na to namawiał. Ja jednak postawiłam na swoim i zgodziłam się tylko na ewentualną pomoc, gdy już naprawdę nie będziemy sobie z niczym radzić. Mam nadzieję, że tak nie będzie.
Mamy już wybrany miesiąc, w którym chcielibyśmy się pobrać. I pewne pomysły też już krążą po naszych głowach. Ale najpierw chciałam napisać jak się poznaliśmy, jak wyglądały oświadczyny i jak sobie żyjemy. A potem na bieżąco będę zostawiać notki, jak sobie radzimy z przygotowaniami.


Studenckie wakacje zaczęły się nieoczekiwanie szybko. Sesji prawie nie zauważyłam, choć trochę się namęczyłam. Ale udało się zdać wszystko za pierwszym razem, egzaminy były znośne, a projekty udało się oddać w terminie. I tak, już pod koniec czerwca świętowałam zaliczenie pierwszego roku. Plany na wakacje były z jednej strony ambitne, a z drugiej leniuchowanie ile tylko będzie to możliwe. Koleżanka jeszcze z liceum miała działkę nad jeziorem, więc umówiłyśmy się na wyjazd we wrześniu. Miała być nasza stara paczka z liceum i może jeszcze kilka innych osób (z wakacyjnego podrywu).
Najpierw jednak ambitnie założyłam sobie, że w lipcu wybiorę się na dwutygodniowy kurs języka angielskiego. Londyn zawsze mnie inspirował, miał w sobie magię i kiedy w końcu udało się uzbierać potrzebną kwotę (oczywiście razem z rodzicami), zdecydowałam się na kurs w Anglii. Pomyślałam, że skoro mam trzy miesiące wolnego, to dwa tygodnie mogę poświęcić na naukę. I pojechałam. A raczej poleciałam.
Była to moja pierwsza podróż samolotem. Bałam się tak ogromnie, że na dzień przed podróżą nie pomagały żadne tabletki na ból brzucha. Na szczęście, w dzień wyjazdu wszystko było w porządku. Samolot wystartował, miałam dobre miejsce, inni pasażerowie spokojni. Nic się nie działo. I nagle turbulencje. Rzucało nami tak mocno, że myślałam że to koniec. Zaczęła mnie strasznie boleć głowa, poczułam duszności. Wszystko skończyło się po kilku minutach. Okazało się, że to tylko lekkie i normalne turbulencje, ale ja ze względu na to, że leciałam pierwszy raz, po prostu spanikowałam. Okropne uczucie! Nie zapomnę do końca życia.
Londyn przywitał mnie słońce, lekkim wiatrem i ogromną ilością ludzi. Nigdy w życiu nie widziałam takich tłumów. Nie było jak przejść na ulicy. Nie wspominając o metrze. Takie wrażenie zrobił na mnie Londyn. A to był zaledwie początek mojej przygody.
Michał przyszedł dużo wcześniej, niż zaplanowane były zajęcia. Jak się później okazało, nie chciał się spóźnić, nie wiedział za bardzo jak ma dojechać i dlatego ostatecznie tak wcześnie pojawił się przed budynkiem. Ja również przyjechałam szybciej, żeby móc podziwiać Londyn. Tak minęła pierwsza lekcja angielskiego. Już wtedy nie mogłam przestać spoglądać na Michała. Po kilku dniach, wybraliśmy się do pubu. Jak zwykle, w środku mnóstwo ludzi, a angielski styl przebywania w pubie na stojąco, jakoś mnie nie przekonał. Poszliśmy na spacer wzdłuż Tamizy i tak od słowa do słowa... Michał pocałował mnie nieśmiało. I tak to się zaczęło. Nasz romans wakacyjny trwał przez cały kurs, niestety nie trwało to długo. Niecałe dwa tygodnie na szaloną przygodę nigdy nie wystarcza. Oczywiście obiecywaliśmy sobie, że będziemy w kontakcie, będziemy pisać i dzwonić. Nie do końca w to wierzyłam. Głównie ze względu na nasze plany i to co nas rozdzielało. Michał załatwił sobie pracę po kursie i miał zostać tam do końca sierpnia. Ja wracałam do domu zaraz po kursie. Obiecał mi, że przyjedzie do mnie jak tylko wróci z Anglii. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że może być inaczej. Ale z drugiej strony, czy znając się dwa tygodnie, w obcym mieście, a potem nie widząc się półtora miesiąca, ktoś przyjechałby przemierzając 300km?
Nie licząc na wiele, wróciłam do Polski. Kontaktowaliśmy się ze sobą coraz częściej. Na końcu codziennie. Michał przyjechał do Polski. Spotkaliśmy się na mieście. W jego rękach już z daleka widziałam piękny bukiet kwiatów. Gdybym sama tego nie przeżyła, nie uwierzyłabym w taką historię. A jednak to możliwe.
Na działkę do koleżanki pojechaliśmy razem. Spędziliśmy razem dużo czasu. I tak jest do dziś.

Swoje przygotowania do ślubu będę również komentować na twitterze. Zapraszam http://twitter.com/zelka53